Wczoraj postanowiłam jednak z moim biednym kręgosłupem pojechać do szpitala. Nie mogłam chodzić, siedzieć, leżeć - no zupełnie nie nadawałam się do życia, a przecież rano egzamin zawodowy (wypada być). Mama nie mogła ze mną jechać, udało mi się wyciągnąć Sylwię (tytułowy Kotlet) żeby ze mną pojechała. Udało się nam dotrzeć do szpitala, poczekałyśmy aż pozwolą nam podejść i kiedy powiedziałam o co chodzi to mnie wygonili. Po prostu powiedzieli mi 'proszę jechać do tego albo tego szpitala tutaj nie czego pani szukać' (no może nie do końca tak, ale z zamysłem wypierdalaj). Pojechałyśmy do bliższego szpitala gdzie babeczka na recepcji przyjmowała każdego, a kiedy podeszłam ja to czekałam na nią pół godziny, bo sobie łaziła z tyłu i miała mnie w dupie. Kiedy już się doczekałam rozmowy z nią powiedziała, że to będzie kilka godzin czekania, bo ortopedzi są zajęci to stwierdziłam, że skontaktuję się z mamą i wrócę za 2 minuty i powiem czy ma mnie rejestrować czy nie. Zadzwoniłam do mam...
Już nie zwykła nastolatka, a młoda dorosła próbująca zapanować nad chaosem codzienności. A wszystko, co się dzieje nieraz brzmi niewiarygodnie.