Ten post będzie jednym z bardziej emocjonalnych ze wszystkich, które powstały oraz zapewne powstaną. Dziś opowiem o mojej przyjaciółce, która to już nie pierwszy raz rujnuje moje życie. Jest taka mała wredota - towarzyszy mi już od wielu lat i nie chce mnie zostawić mimo wszelkich prób. Poznałyśmy się kiedy zostałam zupełnie sama oraz bez jakiegokolwiek wsparcia, przyszła, pokazała że mogę zamknąć się w sobie bez potrzeby rozmów z innymi, próśb o pomoc. Z początku nie ufałam jej, nie potrafiłam przełamać tych barier, chęci kontaktu z innymi, walczyła o moje serce i umysł przez niemal dwa lata, po czym stałyśmy się nierozłączne - w pewnym momencie chciałam zakończyć tę jak się okazało toksyczną znajomość, ale kiedy myślałam że już po wszystkim ona wróciła. Część z was już zrozumiała, że mowa tu o "przyjaciółce" depresji. Teraz wyjaśnię, co takiego zrobiła mi w ciągu ostatnich tygodni. Ci z was którzy czytają mnie dłużej wiedzą, że niejednokrotnie miałam ochotę się poddać w t...
Już nie zwykła nastolatka, a młoda dorosła próbująca zapanować nad chaosem codzienności. A wszystko, co się dzieje nieraz brzmi niewiarygodnie.