Ten post będzie jednym z bardziej emocjonalnych ze wszystkich, które powstały oraz zapewne powstaną. Dziś opowiem o mojej przyjaciółce, która to już nie pierwszy raz rujnuje moje życie. Jest taka mała wredota - towarzyszy mi już od wielu lat i nie chce mnie zostawić mimo wszelkich prób. Poznałyśmy się kiedy zostałam zupełnie sama oraz bez jakiegokolwiek wsparcia, przyszła, pokazała że mogę zamknąć się w sobie bez potrzeby rozmów z innymi, próśb o pomoc. Z początku nie ufałam jej, nie potrafiłam przełamać tych barier, chęci kontaktu z innymi, walczyła o moje serce i umysł przez niemal dwa lata, po czym stałyśmy się nierozłączne - w pewnym momencie chciałam zakończyć tę jak się okazało toksyczną znajomość, ale kiedy myślałam że już po wszystkim ona wróciła. Część z was już zrozumiała, że mowa tu o "przyjaciółce" depresji. Teraz wyjaśnię, co takiego zrobiła mi w ciągu ostatnich tygodni.
Ci z was którzy czytają mnie dłużej wiedzą, że niejednokrotnie miałam ochotę się poddać w tej całej mojej samodzielności, ale tego nie robiłam? Dlaczego? Przecież depresja charakteryzuje się niechęcią do działania i życia, co skutkuje zazwyczaj poddaniem się oraz zostawieniem wszystkiego co robiliśmy w ostatnim czasie. Jednak jest taki jej pewien rodzaj działający niczym magnes - ma dwa bieguny, ten który przyciąga działania, ludzi, hobby, chęci, a drugi koniec odpycha to wszystko, ale nie od razu - po pewnym czasie. Choroba afektywna dwubiegunowa zaczęła się w moim przypadku od długotrwałej klasycznej depresji. Następnie co jakiś czas myślałam, że wszystko jest dobrze, bo wracały mi chęci do życia, znajdywałam nowe hobby, moje życie było co raz lepsze, rezygnowałam z terapii, żyłam sobie szczęśliwa ze znajomymi, ucząc się, będąc z każdym dniem co raz lepszą wersją siebie (tak tak wiem że brzmię teraz jak jakiś ziomek co motywuje Cię do pracy nad sobą) aż nadchodził TEN dzień. Wtedy właśnie wracały dołki, niechęć do działania, porzucanie nowo zdobytych pasji czy hobby, oddawanie się w ramiona "przyjaciółki" koniec zazwyczaj był taki sam czyli SAMOOKALECZANIE (przez to właśnie musiałam zostawić ukochane kuglarstwo oraz pole dance).
Nie zawsze poddawałam się od razu, niejednokrotnie walczyłam nawet po kilka tygodni próbując prowadzić życie bez zmian, zajmowałam każdą wolną chwilę czymś innym, byle by nie mieć czasu na myślenie o tym, co jest w głowie. Jednak zawsze pojawiał się ten wieczór kiedy wszystkie seriale były obejrzane, do szkoły wszystko wyuczone, w pokoju porządek, paznokcie zrobione, wszelkie możliwe zabiegi pielęgnacyjne wykonane, nawet poćwiczone do tego stopnia, że wiem iż więcej już po prostu nie dam rady - wtedy właśnie pojawiały się myśli a ja nie umiałam już walczyć. Teraz było całkiem podobnie, ale Bartek jest wielkim wsparciem, bo przede wszystkim potrafi wytrzymać moje napady histerii. Tym razem też nie zrobiłam sobie krzywdy (przynajmniej póki co)
Przechodząc "na swoje" był ten czas dobry - miałam dużo chęci do robienia wielu nowych rzeczy w tym właśnie pisanie tego oto bloga. Chciałam go zostawić wiele razy, właśnie w tych złych momentach, ale walczyłam i ciągnęłam to dalej - niejednokrotnie na siłę, ale później znów jakoś to działało. Jednak w pewnym momencie, właśnie przy ostatnim poście gdzie napisałam, że wszystko przez naukę, a tak na prawdę nie miałam ochoty już pisać i chciałam rzucić to wszystko w cholerę. Spotykałam się ze znajomymi na siłę - upijałam się zapominając na chwilę o tym wszystkim, ale i tak wracało dosyć szybko. Jednak pewnej nocy wyszło tak, że oboje z Bartkiem obudziliśmy się w podobnym momencie - ja nie wiem dlaczego, ale bez kontroli zaczęłam płakać bez opanowania mówiąc, że jestem beznadziejna i nie powinno mnie tu być, bo wszystko psuję przez co płakałam jeszcze bardziej i jeszcze trudniej było mi się opanować - Bartek po pewnej chwili zdołał mnie uspokoić dzięki czemu ułożyć też do snu.
Napiszę na temat tej walki jeszcze kilka postów w ramach uświadamiania o trudach mojego życia, z którymi nie polecam być samemu, bo choroba nie przeżyje życia za was, ale będzie chciała wam je utrudniać.
Oczywiście jak zawsze panuje tu chaos, ale wybaczcie i dajcie znać w komentarzach czy chcecie kontynuacji tego tematu.
Zapraszam na snapchata: rudolfkalumnia oraz instagrama: rudolfkalumnia tam właśnie mówię więcej.
Ci z was którzy czytają mnie dłużej wiedzą, że niejednokrotnie miałam ochotę się poddać w tej całej mojej samodzielności, ale tego nie robiłam? Dlaczego? Przecież depresja charakteryzuje się niechęcią do działania i życia, co skutkuje zazwyczaj poddaniem się oraz zostawieniem wszystkiego co robiliśmy w ostatnim czasie. Jednak jest taki jej pewien rodzaj działający niczym magnes - ma dwa bieguny, ten który przyciąga działania, ludzi, hobby, chęci, a drugi koniec odpycha to wszystko, ale nie od razu - po pewnym czasie. Choroba afektywna dwubiegunowa zaczęła się w moim przypadku od długotrwałej klasycznej depresji. Następnie co jakiś czas myślałam, że wszystko jest dobrze, bo wracały mi chęci do życia, znajdywałam nowe hobby, moje życie było co raz lepsze, rezygnowałam z terapii, żyłam sobie szczęśliwa ze znajomymi, ucząc się, będąc z każdym dniem co raz lepszą wersją siebie (tak tak wiem że brzmię teraz jak jakiś ziomek co motywuje Cię do pracy nad sobą) aż nadchodził TEN dzień. Wtedy właśnie wracały dołki, niechęć do działania, porzucanie nowo zdobytych pasji czy hobby, oddawanie się w ramiona "przyjaciółki" koniec zazwyczaj był taki sam czyli SAMOOKALECZANIE (przez to właśnie musiałam zostawić ukochane kuglarstwo oraz pole dance).
Nie zawsze poddawałam się od razu, niejednokrotnie walczyłam nawet po kilka tygodni próbując prowadzić życie bez zmian, zajmowałam każdą wolną chwilę czymś innym, byle by nie mieć czasu na myślenie o tym, co jest w głowie. Jednak zawsze pojawiał się ten wieczór kiedy wszystkie seriale były obejrzane, do szkoły wszystko wyuczone, w pokoju porządek, paznokcie zrobione, wszelkie możliwe zabiegi pielęgnacyjne wykonane, nawet poćwiczone do tego stopnia, że wiem iż więcej już po prostu nie dam rady - wtedy właśnie pojawiały się myśli a ja nie umiałam już walczyć. Teraz było całkiem podobnie, ale Bartek jest wielkim wsparciem, bo przede wszystkim potrafi wytrzymać moje napady histerii. Tym razem też nie zrobiłam sobie krzywdy (przynajmniej póki co)
Przechodząc "na swoje" był ten czas dobry - miałam dużo chęci do robienia wielu nowych rzeczy w tym właśnie pisanie tego oto bloga. Chciałam go zostawić wiele razy, właśnie w tych złych momentach, ale walczyłam i ciągnęłam to dalej - niejednokrotnie na siłę, ale później znów jakoś to działało. Jednak w pewnym momencie, właśnie przy ostatnim poście gdzie napisałam, że wszystko przez naukę, a tak na prawdę nie miałam ochoty już pisać i chciałam rzucić to wszystko w cholerę. Spotykałam się ze znajomymi na siłę - upijałam się zapominając na chwilę o tym wszystkim, ale i tak wracało dosyć szybko. Jednak pewnej nocy wyszło tak, że oboje z Bartkiem obudziliśmy się w podobnym momencie - ja nie wiem dlaczego, ale bez kontroli zaczęłam płakać bez opanowania mówiąc, że jestem beznadziejna i nie powinno mnie tu być, bo wszystko psuję przez co płakałam jeszcze bardziej i jeszcze trudniej było mi się opanować - Bartek po pewnej chwili zdołał mnie uspokoić dzięki czemu ułożyć też do snu.
Napiszę na temat tej walki jeszcze kilka postów w ramach uświadamiania o trudach mojego życia, z którymi nie polecam być samemu, bo choroba nie przeżyje życia za was, ale będzie chciała wam je utrudniać.
Oczywiście jak zawsze panuje tu chaos, ale wybaczcie i dajcie znać w komentarzach czy chcecie kontynuacji tego tematu.
Zapraszam na snapchata: rudolfkalumnia oraz instagrama: rudolfkalumnia tam właśnie mówię więcej.
Komentarze
Prześlij komentarz