Przejdź do głównej zawartości

śmierć

 Kolejna część moich najistotniejszych przeżyć z ostatniego półrocza.

Kiedy już czułam, że covid się zakończył i miałam zdecydowanie więcej siły witalnej jechałam sobie na spokojnie do mamy żeby porozmawiać, trochę posiedzieć i odreagować to wszystko. Byłam pewna, że w przyszłym tygodniu wracam do pracy i moje życie znowu się unormuje, przecież już zaczęło się do dupy i straciłam już ćwierć roku. No proszę, gorzej być nie może - to nielegalne.

Dosłownie przystanek przed tym, jak miałam wysiadać dostałam wiadomość o śmierci mojej najukochańszej w świecie babci. Wspominałam o tej wspaniałej kobiecie już kilka razy na samym bogu, nie poznałam bardziej empatycznej, a jednocześnie zadziornej i wygadanej broniącej swojej racji osoby przez całe życie. Była mi bardzo bliska.

Już w lipcu zeszłego roku zaczęły jej problemy zdrowotne, wtedy ciągle ryczałam i nie mogłam się zebrać w sobie, przeżywałam to każdego dnia, bałam się do niej dzwonić żeby przypadkiem nie usłyszeć obcego głosu przekazującego mi smutne informacje. Jednak po jakimś czasie było już widać poprawę, babcia znowu przypominała siebie i moje nadzieje odżyły, wierzyłam że zaproszę ją na ślub, że poza swoje prawnuki, że będzie mi udzielać życiowych rad i opierdolów jeszcze przez przynajmniej kilka następnych lat. Odwiedzałam ją, niestety nie tak często jakbym chciała, ale też musiałam mieć na uwadze jej słabą odporność i przyjeżdżać tylko w pełni zdrowa.

Na początku roku znowu zaczęło się pogarszać, dzwonienie do niej było co raz smutniejsze. W głosie było słychać brak siły, wyczerpanie, ogromne zmęczenie. Nie miała siły rozmawiać dłużej niż kilka minut, kiedy przyjeżdżaliśmy nie siadała już z nami przy stole, nie robiła herbaty, tylko leżała w łóżku i delikatnie się unosiła do pozycji siedzącej. Bardzo ciężko się na to patrzyło mając w głowie obrazy jak wesoło śmiała się z nami przy stole.

Ostatnim razem jak do niej zadzwoniłam powiedziałam jej jak bardzo ją kocham i że jak tylko wyzdrowieję to do niej przyjadę z Mateuszem, słyszałam w jej głosie że nie wierzy już w to spotkanie, ale ja się łudziłam ze jednak uda się nam jeszcze raz spotkać. Niestety jak zawsze to ona miała racje - nigdy się nie myliła.

Po tym jak dostałam wiadomość o jej śmierci nie byłam w stanie powstrzymać łez, siedziałam w tramwaju a z moich oczu lały się strumienie wody, przez 10 min trasy pieszej próbowałam się uspokoić żeby nie przywitać mamy w takim stanie. Niestety nie udało się, droga była tak bardzo rozmyta, że uznaję za cud dotarcie do celu w jednym kawałku.

Na mnie spoczęła odpowiedzialność poinformowania mamy i Poli. Nie było to dla mnie najłatwiejsze, ale nie miałam wyboru.

Na pogrzebie stałam z tyłu i tylko płakałam, nie miałam siły z kimkolwiek rozmawiać, nie umiałam nawet podejść do trumny, a przy samym pochówku stałam dość daleko, dopiero po trzech miesiącach zebrałam się w sobie żeby pojechać na grób i zbliżyć się do niego. Wcześniej czułam, że nie dam rady nawet zostawić tam kwiatka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzieci XXI wieku

Obiecałam na instagramie posta na dziś. To jest mega wygodne, bo mam motywację do działania - no w końcu obiecałam publicznie. Dzisiejszy dzień nie jest niczym specjalnym, pobudka o zdecydowanie zbyt wczesnej porze, godzinę później spacer do kuchni no i tu zaczyna się zdecydowana zmiana nastawienia oraz podejścia do wszystkiego, co do tej pory znałam. Zamiast jakiegoś porządnego śniadania, ewentualnie cholernie mocnej kawy w zamian jego grillowałam marchewkę, pokroiłam paprykę, ogórka i zrobiłam dwa sosy do warzywnych przekąsek. W międzyczasie zjadłam 4 grzanki (na każdej plasterek pomidora), zrobiłam kawę, śniadanie dla Pana zapracowanego - zaniosłam i poszłam dalej walczyć z warzywkami. Spędziłam z tym wszystkim około godziny, ale było warto. Do tej pory siedzę i wcinam te kolorowe cosiki (głupio trochę, że głównie sama, ale no co ja mogę poradzić?), sos chrzanowy na bazie jogurtu naturalnego bez laktozy jest super, a jogurt został w ostatnich dniach moim BOGIEM (dzięki lidl!) ! Był...

Gdzie ona jest?

Gdzie podziała się ta wesoła i rezolutna dziewoja, która chciała tylko żyć swoim życiem? Gdzieś przepadła i została w jakimś losowym miejscu przeszłości puszczając dalej jedynie tę bardziej rozsądną część osobowości. Rozsądna nie znaczy wcale lepsza o czym boleśnie musiałam się przekonać już nie raz i nie dziesięć, radość z życia nie jest już taka sama jak miesiące i lata temu, nie dążę już do swoich marzeń o sławie i rozpoznawalności. Teraz już tylko przeżyć, a nie żyć. W ramach poszukiwania dawnej siebie chcę wprowadzić kilka zmian w codzienności - ciekawe czy się uda. Kiedyś już próbowałam kilku z tych rzeczy, rezygnowałam z tego dość szybko przez brak motywacji. Czy może tym razem uda mi się dłużej niż kilka tygodni, może uda mi się dłużej niż miesiąc, może będę mała zapał do dbania o wszystko w tym siebie większy niż chwilowy.  Kiedy spełniłabym swoje plany świat byłaby dla mnie wygodniejszy i szybszy. Wtedy mogłabym poznać tych wszystkich ludzi na których patrzę godzinami myś...

Coś się dzieje

Pora zacząć działać w swoim życiu. Teraz to chyba jeszcze poważniejsze niż wcześniej. Teraz nie zaczynam mieszkania na koszt mame, a wspólny z Bartkiem. Zaczęłam pracę w żabce, podobało mi się - jednak po 3 tygodniach wszystko psu w dupe. Niby zmienił się właściciel sklepu i to dlatego, ale no ciul. Stwierdziłam, że jakoś to będzie i wcale nie wyszło źle. Zrobiłam dzięki mame kurs masażu gorącymi kamieniami, zaczęłam produkcję mydeł, kul do kąpieli i kilku innych takich podstawowych kosmetyków. Do tego pracuję w naturze (bardzo spoko drogeria), a w międzyczasie jeszcze mój kochany handpoke. Wszystko się powoli układa, oby tak zostało. Chcę zacząć pisać od nowa, ale to wydaje się tak mało realne, że nie wiem czy się uda. Mam nadzieję stać się ambitna i pewniejsza siebie. Niech życie w końcu się do mnie uśmiechnie