Może warto teraz troszkę wspomnieć o tym, co działo się w ciągu ostatnich pół roku, podzielę to myślę na 5 wpisów.
W nowy rok weszłam z drugim w mojej karierze covidem, ten był bardziej agresywny od pierwszego, mimo bycia krótszym, bo już drugi test po 10 dniach był negatywy. Tym razem nie skończyło się na ogromnych bólach i braku siły do życia, doszły do tego ciągłe omdlenia, zasłabnięcia, problemy kardiologiczne przez które trafiłam na kilka dni do szpitala. Bałam się wychodzić z domu, bo słabo robiło mi się w totalnie losowych momentach, lekarze nie umieli powiedzieć dlaczego tak się dzieje, odżywianie było ok, wyniki wszystkich badań ok, więc dostałam skierowanie do szpitala żeby przebadali mnie kompleksowo pod każdym względem, głowa była w porządku, serce będące głównym podejrzanym o dziwo też. Tym sposobem przez 3 i pół miesiąca unikałam wychodzenia z domu na dłużej niż 10 min z obawy o swój stan.
Raz poszłam do lidla po dosłownie kilka drobnostek do obiadu, zasłabłam przy kasie samoobsługowej, a schyliłam się tylko po torbę, nie umiałam wstać, przed oczami było ciemno, nic nie widziałam, nic nie słyszałam, poczułam tylko jak ktoś wjechał we mnie wózkiem, nie wiem ile to trwało - dla mnie była to wieczność zanim udało mi się podnieść z tą torbą.
Innego razu poszłam do łazienki chyba umyć ręce, byłam sama w domu, pamiętam jak wchodzę do łazienki, a następne wspomnienie to leżenie na podłodze będąc opartą o ścianę ze zdartym kolanem, też nie wiem ile czasu mnie nie było, tutaj było gorzej niż w lidlu, bo faktycznie całkowicie straciłam przytomność będąc bez nikogo dookoła.
Kolejną niepokojącą sytuacją było pójście do kuchni żeby zacząć robić obiad, tym razem czułam że słabnę i zdążyłam świadomie usiąść na podłodze i oprzeć się o szafkę. Później z każdą chwilą czułam tylko jak ucieka ze mnie siła, co raz trudniej było utrzymać pion, znowu po jakimś czasie zaczęłam wracać do siebie, tego dnia odpuściłam sobie robienie obiadu.
Regularnym było, że po wstaniu z kanapy musiałam w ułamku sekundy na nią wrócić, bo traciłam wzrok - uderzało mnie gorąco, oczy traciły wizję, a ja potrzebowałam chwili żeby się odnaleźć.
Kiedy udało mi się znaleźć szpital z działającym oddziałem kardiologicznym spakowałam się klasycznie jak do szpitala, ale że w domu była tyko jedna pasta do zębów postanowiłam wejść do sklepu po jakąś do zabrania na te parę dni, nie zdążyłam dobrze wyjść ze sklepu i na ślepo szukałam barierek ostatkiem sił. Oczywiście sama nie dotarłam do szpitala mimo, że od kilku dni już czułam się troszkę lepiej. Kilka godzin czekałam w domu aż przyjedzie mama i zawiezie mnie na izbę przyjęć. Ciekawym było, że mimo osłabień, które czułam nie było ich widać na stałym EKG, wszystko było w porządku według urządzeń.
To był po prostu covid, planując wyjścia gdzieś dalej Mateusz kazał mi jeździć taksówkami, a jeśli upierałam się na MPK to koniecznie ktoś musiał mnie odbierać z przystanku ze względu na ryzyko, że znowu zemdleję w losowym momencie.
To minęło po nieco ponad trzech miesiącach, wtedy myślałam, że zaraz wrócę do pracy, jednak moje życie miało inne plany na mój dalszy los, ale to już w kolejnym wpisie.
bajo.
Komentarze
Prześlij komentarz