Przejdź do głównej zawartości

Jak to jest z tym covidem?

 Jak każdy dobrze wie, pandemia szaleje i nie zamierza przestać. We mnie trafiła całkiem dotkliwie, zaraziłam się i nie jest tak kolorowo jak to czasami opisują. To, że jestem młoda wcale nie daje mi gwarancji lekkiego czy też bezobjawowego przejścia tego świństwa. Mamy 14.11 - objawy pojawiły się 26.10, tego dnia poszłam jak zwykle do pracy, nic nie zapowiadało że będzie armagedon. Po jakichś dwóch godzinach zaczęłam się czuć słabo, z godziny na godzinę było gorzej, w końcu wlazłam do apteki, kupiłam te
rmometr i trochę odjęło mi mowę - nie dość, że pierwsza gorączka od kilku lat to jeszcze 38,3 no ja dziękuję. Po małej dramie następnego dnia nie poszłam do pracy, miałam umówioną teleporadę z lekarzem, dostałam skierowanie na wymaz i izolację. Super, nie dość że nie byłam w stanie się poruszać i umierałam z bólu musiałam na szybko szukać gdzie jeszcze dziś zrobią mi wymaz (była już chyba 19ta).
Znalazłam w Łodzi miejsce, gdzie jeszcze mieli otwarte (kurwa, brzmi to jakbym pisała o markecie), odczekałam przed namiotem żeby dostać ankietę, później żeby wejść i na koniec wsadzili mi patyk w gardło i sobie poszłam. Wróciłam do domu i umierałam sobie dalej, nie było łatwo mi przyjemnie.

Jeśli chodzi o objawy to początek był nawet całkiem standardowe, wysoka gorączka, dreszcze, łupanie w kościach, bóle mięśni, mdłości, brak smaku, brak węchu, brak apetytu, biegunka, falowe kichanie, zatkane zatoki, bóle głowy, ogólne osłabienie organizmu. Gorączka spadła znacząco już trzeciego dnia, reszta objawów została i doszły wieczorne problemy z oddychaniem. Kiedy w środę wieczorem sprawdziłam wynik testu na gov.pl lekko się załamałam - wtedy już wiedziałam, że to nie jest zwykłe jesienne zaziębienie a covid. Lekko się załamałam, bo niby człowiek wiedział, ale jednak się łudził. Zaczęło się moje nie wychodzenie z domu, w czwartek miałam telefon z sanepidu z ogólnymi informacjami jak się zachowywać i wszystkie inne pierdoły, nie dowiedziałam się zbyt wiele nowych rzeczy, ale fajnie że zadzwonili. Do dziś nie miałam ani jednej kontroli, ani telefonicznej, ani domofonowej, ani osobistej, no żadnej - zupełnie nikt nie interesuje się tym czy siedzę w domu czy nie. 

Kiedy objawy się uspokoiły zostały te najbardziej upierdliwe, czyli wszystkie wymienione wcześniej bez gorączki i dreszczy. I tak one trwają od dwóch tygodni, dostałam tygodniową kurację antybiotykiem, która nic mi chyba nie dała. Wczoraj przypisali mi jeszcze mocniejsze przeciwbólowe niż te, które łykam na codzień. Lekarz powiedział - przypadki gwałtowne, tydzień intensywnych objawów i umierania są lepsze niż moje spokojne spokojne przechodzenie. Ja mogę być słaba i nie nadająca się do życia nawet parę miesięcy, a taka osoba której organizm agresywnie walczy, po tygodniu będzie już w pełni sił witalnych. 

Wczoraj również dostałam skierowanie na kolejny wymaz, który zrobię jutro. Jeśli wynik będzie negatywny to w piątek zakończę izolację i od poniedziałku będę jeździć na badania żeby sprawdzić poziom spustoszenia w moim organizmie, jeśli zaś i tym razem zdam test to czeka mnie jeszcze tydzień izolacji. Nie jest łatwo, kiedy lekarz mówi że organizm atakuje sam siebie. Na wirusy nie ma leków i trzeba walczyć objawowo - gorzej jeśli na pojawiające się objawy nie ma leków. Na moim insta jest zapisana relacja na temat moich odczuć.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzieci XXI wieku

Obiecałam na instagramie posta na dziś. To jest mega wygodne, bo mam motywację do działania - no w końcu obiecałam publicznie. Dzisiejszy dzień nie jest niczym specjalnym, pobudka o zdecydowanie zbyt wczesnej porze, godzinę później spacer do kuchni no i tu zaczyna się zdecydowana zmiana nastawienia oraz podejścia do wszystkiego, co do tej pory znałam. Zamiast jakiegoś porządnego śniadania, ewentualnie cholernie mocnej kawy w zamian jego grillowałam marchewkę, pokroiłam paprykę, ogórka i zrobiłam dwa sosy do warzywnych przekąsek. W międzyczasie zjadłam 4 grzanki (na każdej plasterek pomidora), zrobiłam kawę, śniadanie dla Pana zapracowanego - zaniosłam i poszłam dalej walczyć z warzywkami. Spędziłam z tym wszystkim około godziny, ale było warto. Do tej pory siedzę i wcinam te kolorowe cosiki (głupio trochę, że głównie sama, ale no co ja mogę poradzić?), sos chrzanowy na bazie jogurtu naturalnego bez laktozy jest super, a jogurt został w ostatnich dniach moim BOGIEM (dzięki lidl!) ! Był...

Gdzie ona jest?

Gdzie podziała się ta wesoła i rezolutna dziewoja, która chciała tylko żyć swoim życiem? Gdzieś przepadła i została w jakimś losowym miejscu przeszłości puszczając dalej jedynie tę bardziej rozsądną część osobowości. Rozsądna nie znaczy wcale lepsza o czym boleśnie musiałam się przekonać już nie raz i nie dziesięć, radość z życia nie jest już taka sama jak miesiące i lata temu, nie dążę już do swoich marzeń o sławie i rozpoznawalności. Teraz już tylko przeżyć, a nie żyć. W ramach poszukiwania dawnej siebie chcę wprowadzić kilka zmian w codzienności - ciekawe czy się uda. Kiedyś już próbowałam kilku z tych rzeczy, rezygnowałam z tego dość szybko przez brak motywacji. Czy może tym razem uda mi się dłużej niż kilka tygodni, może uda mi się dłużej niż miesiąc, może będę mała zapał do dbania o wszystko w tym siebie większy niż chwilowy.  Kiedy spełniłabym swoje plany świat byłaby dla mnie wygodniejszy i szybszy. Wtedy mogłabym poznać tych wszystkich ludzi na których patrzę godzinami myś...

Coś się dzieje

Pora zacząć działać w swoim życiu. Teraz to chyba jeszcze poważniejsze niż wcześniej. Teraz nie zaczynam mieszkania na koszt mame, a wspólny z Bartkiem. Zaczęłam pracę w żabce, podobało mi się - jednak po 3 tygodniach wszystko psu w dupe. Niby zmienił się właściciel sklepu i to dlatego, ale no ciul. Stwierdziłam, że jakoś to będzie i wcale nie wyszło źle. Zrobiłam dzięki mame kurs masażu gorącymi kamieniami, zaczęłam produkcję mydeł, kul do kąpieli i kilku innych takich podstawowych kosmetyków. Do tego pracuję w naturze (bardzo spoko drogeria), a w międzyczasie jeszcze mój kochany handpoke. Wszystko się powoli układa, oby tak zostało. Chcę zacząć pisać od nowa, ale to wydaje się tak mało realne, że nie wiem czy się uda. Mam nadzieję stać się ambitna i pewniejsza siebie. Niech życie w końcu się do mnie uśmiechnie