Wiele osób, a tak właściwie to niemal każda osoba, którą spytacie o pozbywanie się dredów powie, że jedynym rozwiązaniem jest je uciąć. Sama wychodziłam z założenia, że może takie, które są świeże, mało ubite idzie jeszcze jakoś uratować, ale dobrze zrobione, dociągane i wgl przez ponad rok nadają się jedynie do ścięcia. Wiecie przecież jak to działa, plątanie włosów na potęgę tak bardzo żeby przypadkiem żadne włosy nie chciały wyjść i żeby wszystko trzymało się zbitej kupy, bo przecież rozczochrane dredy nie wyglądają fajnie. Pamiętacie Bartka, prawda? Moje dredowe love. Sama robiłam te dredy od podstaw, nie raz dociągałam, doczepiałam, poprawiałam, myłam, ja robiłam to wtedy, kiedy przychodziła duża potrzeba - on poprawiał i dociągał je sam średnio raz w tygodniu. Zawsze zadbane i bardzo dobrze dociągnięte i ubite dredy, takie jakie każdy dredziarz bez salonu fryzjerskiego dbającego o jego głowę chciałby mieć. Jakiś tydzień temu Bartek powiedział, że chciałby pozbyć się dredów, bo zaczęły mu przeszkadzać w życiu codzienny, a przede wszystkim nie mógł nosić swojej ulubionej czapki, bo była po prostu za mała przy ok 30tu dredach na głowie. Nie ma się co dziwić, przecież wszelkiego rodzaju capy są projektowane na ludzi z normalnym rozmiarem głowy i włosów, a ludzie w dredach mają swoje duże mięciutkie i cieplutkie czapeczki z wyglądające jakby dziergała je im babcia. Bartek powiedział, że dokona niedokonalnego! Powiem szczerze, że nie wierzyłam w powodzenie tej akcji. Myślałam iż koniec będzie po prostu z nożyczkami i tyle.
Kiedy zaczął to chyba w piątek (na 90% był to piątek), w momencie mojego przyjazdu w niedzielę ok 21 zostało już tylko 5 dredów. Usiadłam, zaczęłam pomagać wciąż nie wierząc w to, co widzę. Praca była mozolna, długa, miejscami nawet obrzydliwa przez to, co w dredach można znaleźć. Serio. Resztki szamponu, kawałki szydełek, piasek, zbite kawałki kurzu i innego syfu - a to wszystko mimo regularnego i prawidłowego mycia, nie opitalałam się, a myłam i płukałam je bardzo dokładnie żeby właśnie nie dopuścić do takiego stanu rzeczy używając przy tym oczywiście specjalnych kosmetyków (szamponu) do mycia dredów. Teraz pokażę wam jak to wszystko wyglądało krok po kroku!
Kiedy zaczął to chyba w piątek (na 90% był to piątek), w momencie mojego przyjazdu w niedzielę ok 21 zostało już tylko 5 dredów. Usiadłam, zaczęłam pomagać wciąż nie wierząc w to, co widzę. Praca była mozolna, długa, miejscami nawet obrzydliwa przez to, co w dredach można znaleźć. Serio. Resztki szamponu, kawałki szydełek, piasek, zbite kawałki kurzu i innego syfu - a to wszystko mimo regularnego i prawidłowego mycia, nie opitalałam się, a myłam i płukałam je bardzo dokładnie żeby właśnie nie dopuścić do takiego stanu rzeczy używając przy tym oczywiście specjalnych kosmetyków (szamponu) do mycia dredów. Teraz pokażę wam jak to wszystko wyglądało krok po kroku!
Cały proces ogólnie rzecz biorąc nie był ani łatwy ani szybki. Każdego dreda kawałek po kawałeczku trzeba było spryskiwać i smarować produktami nadającymi włosom poślizg i ułatwiającymi rozczesywanie, później kawałek po kawału na zmianę grzebieniami i szczotkami o różnej gęstości delikatnie rozczesywać wszystko starając się nie wyrywać włosów. Początkowo jest to niby tylko głaskanie dreda szczotką, ale z każdą chwilą z kołtuna uwalnia się co raz więcej włosów dzięki czemu po wielu godzinach można oglądać prawdziwe, żywe włosy. Kluczem jest nie żałowanie produktów poślizgowych i delikatne wyciąganie włosów.



tak było, dokładnie zacząłem o 14 w czwartek a o 2 w nocy w poniedziałek miałem juz głowę bez dredów
OdpowiedzUsuń