Przejdź do głównej zawartości

Dorosłe życie czyli pierwszy zjazd w cosinusie

Jak już wiecie mieszkam bez mame od około 10-ciu miesięcy. Od około 5-ciu towarzyszy mi młody w pokoju obok. Widzieliście już nie jedno moje załamanie względem tytułowego ogarnięcia tego wszystkiego. W okolicy wakacji wszystko straciło dla mnie sens. We wrześniu postanowiłam podjąć pewne kroki względem mojego życia.
Postanowiłam odejść z technikum na rzecz szkoły zaocznej i pracy. Nie było łatwo ogarnąć nowej pracy i szkoły, a dodatkowo jeszcze trzeba było czekać na zakończenie projektu. Jedno nie udane podejście do pracy - zmarnowane dwa tygodnie na szkolenie, następnie na znalezienie kolejnego zatrudnienia. Jednak w końcu się udało! Dobrze wiecie, że u mnie nie może być zbyt kolorowo. Przez pracę w godzinach 14-22 nie zbyt łatwo było załatwić odebranie dokumentów ze szkoły, a tym samym zapisać się do weekendówki o której będzie ten tekst! Dobra, może spróbuję przejść do sedna i mojego wielkiego zaskoczenia.
Rozumiem, że szkoły mogą być wyrozumiałe, jednak wciąż bałam się, że po ominięciu dwóch zjazdów nie będę mogła już podjąć nauki w tym miejscu. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie kiedy wzięłam dzień wolny w pracy i w końcu załatwiłam wszystkie formalności w szkole (to była już trzecia wizyta tam) po czym pojechałam do cosinusa zanosząc dokumenty. Pani na recepcji była tak mega miła i wyrozumiała, że trudno wyobrazić sobie osobę lepiej nastawioną do spóźnionej przyszłej uczennicy. Udało się wszystko załatwić w zaledwie kilka minut, co było wielkim zaskoczeniem. Po dwóch dniach spojrzałam na mój plan lekcji - jeśli mam przychodzić do szkoły na 32 godziny zegarowe w miesiącu to powiem wam, że jestem w niebie. O ile dobrze pamiętam w technikum tyle właśnie (jeśli nie więcej) czasu musiałam spędzić w ławce w ciągu zaledwie tygodnia. Jednak wciąż pozostawał strach z tyłu głowy czy przypadkiem wymogi nie będą zdecydowanie większe przez co musiałabym poświęcać chore ilości czasu na naukę w domu. Cały piętek stresowałam się tym, co spotka mnie już następnego dnia. Z przyzwyczajenia w piątek poszłam spać raczej późno, co skutkowało lekkim brakiem życia następnego dnia. Mega zestresowana nie wiedząc gdzie się kierować po wejściu do budynku zapytałam na recepcji o salę, w której mają odbywać się moje zajęcia. Weszłam do klasy (?), zobaczyłam ludzi w takim przekroju wiekowym aż poczułam lekkie przerażenie i dyskomfort. Jednak już na początku matematyki wszelkie moje strachy i lęki zostały rozwiane! Grupa była bardziej pozytywna niż którakolwiek moja klasa do tej pory (a chciałabym przypomnieć, że wcześniej tych klas miałam 7). Z każdym kolejnym blokiem (tutaj zajęcia nie trwają 45 min, a 90 min i dopiero wtedy jest przerwa na 10 min żeby np wyjść zapalić czy coś zjeść) czułam się co raz lepiej. Nauczyciele bardziej wyrozumiali niż szkołach podstawowych, umiejący się śmiać razem z grupą nawiązując bardzo fajną interakcję. Jednak tak, jak wspomniałam - bałam się o ilość przekazywanej wiedzy podczas tak małej ilości godzin. Nie skłamię jeśli powiem, że udało się omówić CAŁĄ lekturę w ciągu dwóch bloków języka polskiego, mówi to o umiejętności nauczania przez tych ludzi. Jednak ilość przekazanej wiedzy nie zawsze idzie w parze z ilością wiedzy zapamiętanej - tutaj o ile nie będziemy mieli wszystkiego zupełnie gdzieś i będziemy notować to, co uznamy za stosowne wyniesiemy z tych lekcji bardzo dużo dzięki czemu w domu unikniemy dodatkowych godzin spędzonych na przypominaniu sobie o co chodziło.
Jedyną rzeczą, która cały czas mnie martwiła to rozszerzona geografią. Część z was może mieć świadomość mojej niechęci do tego przedmiotu. Zupełnie nie ogarniam tego tematu, bladego pojęcia nie mam co gdzie i jak. Tutaj w niedzielę dowiedziałam się, że idzie to jakoś ogarnąć mimo, że nie miałam z nią styczności przez ostatnie dwa lata. Po tych zajęciach miałam wrażenie jakby tych lat nie było.
Chodźmy do sedna. Bałam się, co spotka mnie w nowej szkole i jak odnajdę się w zupełnie nie znanej dla mnie sytuacji (to, że zmieniałam szkoły wiele razy nie mogło mnie przygotować do nauki w grupie o BARDZO dużej rozbieżności wieku) jednak o większą wyrozumiałość oraz lepsze podejście do ucznia chyba nawet nie mogłabym prosić. Ja. Osoba bojąca się grup ludzi poczułam się swobodniej niż wśród moich rówieśników. Jeju. Nie mogę skończyć pisać. Uwielbiam lekcje wosu, ale nigdy nie mogłam zaznać pełni spełnienia w poprzednich szkołach mimo starań nauczycieli. Tutaj zobaczyłam dyskusje ludzi na różne tematy, a były one na wysokim poziomie dzięki czemu dowiedziałam się kilku nowych rzeczy - nie mogę się doczekać kolejnego bloku! Mogłabym spędzać te 8 godzin na lekcjach tego własnie przedmiotu. Mogłabym też powiedzieć o języku polskim, matematyce czy historii i społeczeństwie, ale nie może być za dużo na jeden raz!
Jeśli aktywność będzie równie dobra jak wcześniej, no może nie aż tak przez fakt mojej długiej nieobecności - jednak chciałabym zobaczyć tutaj chociaż te 150 odsłon na ok 220 wcześniejszych ;)
Chyba pierwszy raz ujawniłam wam ile was tu jest! Powiększajmy naszą społeczność, pokażcie ten post każdemu waszemu znajomemu, który nie daje rady łączyć optymalnie szkoły z pracą. Oczywiście będę pisać maturę w maju!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzieci XXI wieku

Obiecałam na instagramie posta na dziś. To jest mega wygodne, bo mam motywację do działania - no w końcu obiecałam publicznie. Dzisiejszy dzień nie jest niczym specjalnym, pobudka o zdecydowanie zbyt wczesnej porze, godzinę później spacer do kuchni no i tu zaczyna się zdecydowana zmiana nastawienia oraz podejścia do wszystkiego, co do tej pory znałam. Zamiast jakiegoś porządnego śniadania, ewentualnie cholernie mocnej kawy w zamian jego grillowałam marchewkę, pokroiłam paprykę, ogórka i zrobiłam dwa sosy do warzywnych przekąsek. W międzyczasie zjadłam 4 grzanki (na każdej plasterek pomidora), zrobiłam kawę, śniadanie dla Pana zapracowanego - zaniosłam i poszłam dalej walczyć z warzywkami. Spędziłam z tym wszystkim około godziny, ale było warto. Do tej pory siedzę i wcinam te kolorowe cosiki (głupio trochę, że głównie sama, ale no co ja mogę poradzić?), sos chrzanowy na bazie jogurtu naturalnego bez laktozy jest super, a jogurt został w ostatnich dniach moim BOGIEM (dzięki lidl!) ! Był...

Gdzie ona jest?

Gdzie podziała się ta wesoła i rezolutna dziewoja, która chciała tylko żyć swoim życiem? Gdzieś przepadła i została w jakimś losowym miejscu przeszłości puszczając dalej jedynie tę bardziej rozsądną część osobowości. Rozsądna nie znaczy wcale lepsza o czym boleśnie musiałam się przekonać już nie raz i nie dziesięć, radość z życia nie jest już taka sama jak miesiące i lata temu, nie dążę już do swoich marzeń o sławie i rozpoznawalności. Teraz już tylko przeżyć, a nie żyć. W ramach poszukiwania dawnej siebie chcę wprowadzić kilka zmian w codzienności - ciekawe czy się uda. Kiedyś już próbowałam kilku z tych rzeczy, rezygnowałam z tego dość szybko przez brak motywacji. Czy może tym razem uda mi się dłużej niż kilka tygodni, może uda mi się dłużej niż miesiąc, może będę mała zapał do dbania o wszystko w tym siebie większy niż chwilowy.  Kiedy spełniłabym swoje plany świat byłaby dla mnie wygodniejszy i szybszy. Wtedy mogłabym poznać tych wszystkich ludzi na których patrzę godzinami myś...

Coś się dzieje

Pora zacząć działać w swoim życiu. Teraz to chyba jeszcze poważniejsze niż wcześniej. Teraz nie zaczynam mieszkania na koszt mame, a wspólny z Bartkiem. Zaczęłam pracę w żabce, podobało mi się - jednak po 3 tygodniach wszystko psu w dupe. Niby zmienił się właściciel sklepu i to dlatego, ale no ciul. Stwierdziłam, że jakoś to będzie i wcale nie wyszło źle. Zrobiłam dzięki mame kurs masażu gorącymi kamieniami, zaczęłam produkcję mydeł, kul do kąpieli i kilku innych takich podstawowych kosmetyków. Do tego pracuję w naturze (bardzo spoko drogeria), a w międzyczasie jeszcze mój kochany handpoke. Wszystko się powoli układa, oby tak zostało. Chcę zacząć pisać od nowa, ale to wydaje się tak mało realne, że nie wiem czy się uda. Mam nadzieję stać się ambitna i pewniejsza siebie. Niech życie w końcu się do mnie uśmiechnie