Nie dawałam linku do poprzedniego tekstu na snapie, bo byłam ciekawa jak wiele osób wchodzi na facebookowa stronę - od czasu jej założenia, a było to równoległe do powstania bloga, na którym właśnie czytacie ten post przybyło może łącznie z 10 osób. Jest to nieco smutne, więc podaję link jeszcze tutaj i zapraszam do obserwowania, bo posty zawsze są tam wcześniej oraz tam właśnie podaję też wszelkie informacje związane z utrudnieniami : https://www.facebook.com/jak.to.ogarnac/ .
Może znowu dam trochę tej głównej tematyki.. Tak jak niejednokrotnie miałam dosyć tej cholernej samodzielności, mieszkania na własną rękę i tego wszystkiego z czym związana była moja wyprowadzka tak teraz myślę, że było warto i nawet wtedy było mi lepiej. Narzekałam na brak pieniędzy, brak wyjść z ludźmi, brak prawa do głupich przyjemności i ogólnie tego nastoletniego luzu. Myślałam, że błędem była wyprowadzka od mamy na to mieszkanie i nie powinnam tego robić, bo przy pracy na pół etatu i dziwnych zachciankach nie idzie tego ogarnąć. Jednak z perspektywy czasu widzę, że było to tylko głupie pier*&$#nie. Gdybym nie miała zaplanowanych z góry tatuaży pieniędzy miałabym wystarczająco żeby się o nic nie martwić. Lepiej! Gdybym organizowała mniej spotkań grupowych, co wiązałoby się z mniejszą ilością spożywanego alkoholu to bym w ogóle mogła żyć niemal tak miło jak wcześniej, a również zdrowiej. Zaobserwowałam to w trakcie ostatniego czasu kiedy to postanowiłam przestać pić alkohol w takich ilościach jak wcześniej, bo miałam już tego lekko dosyć. No, bo ile można pić. No niemal codzienne piwo, a zakończyć na jednym to nie jest najłatwiej, a więc możemy liczyć około 100 zł na alkohol wieczorowy + około 80/100 zł przynajmniej na alkohol grupowy i zobaczcie ile to hajsu ucieka. Uznałam, że nie ma to sensu i wolę kupić sobie cytrynę i butelkę wody, bo jest to zdrowsze, starcza na dłużej i nie przymula. Tatuaży w studio nie robię od kwietnia, termin mam dopiero na październik (nie wiem skąd wezmę te 400 zł xd). Ogólnie wzięłam się nieco za oszczędzanie - szkoda, że dopiero kiedy faktycznie pieniędzy zostało mi tyle, że ledwo miałam za co nakarmić zwierzęta. Było to jedno z gorszych doświadczeń w moim życiu, ale wiedziałam że muszę jakoś sobie radzić zwłaszcza, że gdzieś po drodze musiałam wykonać płatne badania (mama ogólnie postanowiła mi za nie oddać dzięki czemu mogłam uzupełnić zapasy karmy zwierzęcej).
Teraz, kiedy mama jest tutaj niemal codziennie zaczynam odczuwać dlaczego tak szybko zgodziłam się na ucieczkę tutaj. Ciągłe narzekanie, wytykanie, kłótnie, wzajemny brak docenienia wysiłku. Ogólnie znów cały czas się znowu kłócimy i są problemy, których nie było w czasie trwania mojej samodzielności. Nie musiałam martwić się mamą, która zaraz przyjdzie i będzie robić drakę o swoje zwierzęta (dodatkowy pies i kot), o jakieś pojedyncze rzeczy. Ogólnie jest chyba gorzej niż było wcześniej, bo dzieję się to, co skłoniło mnie do przeprowadzki na pewną odległość nie tyle, że bardzo daleko jesteśmy od siebie, a tyle, że psychicznie jesteśmy od siebie dalej.
A do tych wszystkich przemyśleń skłoniło mnie to, że wczoraj biegnąc po kebaba potłukłam sobie ekran w telefonie. Telefon latał o ziemie, o ścianę i wgl wszędzie i nic mu się nie działo, a zabiła go pięta. No może nie tyle, co zabiła, a po prostu w końcu ekran ucierpiał, a ja nawet nie cierpię, a bawi mnie ta sytuacja.
Może znowu dam trochę tej głównej tematyki.. Tak jak niejednokrotnie miałam dosyć tej cholernej samodzielności, mieszkania na własną rękę i tego wszystkiego z czym związana była moja wyprowadzka tak teraz myślę, że było warto i nawet wtedy było mi lepiej. Narzekałam na brak pieniędzy, brak wyjść z ludźmi, brak prawa do głupich przyjemności i ogólnie tego nastoletniego luzu. Myślałam, że błędem była wyprowadzka od mamy na to mieszkanie i nie powinnam tego robić, bo przy pracy na pół etatu i dziwnych zachciankach nie idzie tego ogarnąć. Jednak z perspektywy czasu widzę, że było to tylko głupie pier*&$#nie. Gdybym nie miała zaplanowanych z góry tatuaży pieniędzy miałabym wystarczająco żeby się o nic nie martwić. Lepiej! Gdybym organizowała mniej spotkań grupowych, co wiązałoby się z mniejszą ilością spożywanego alkoholu to bym w ogóle mogła żyć niemal tak miło jak wcześniej, a również zdrowiej. Zaobserwowałam to w trakcie ostatniego czasu kiedy to postanowiłam przestać pić alkohol w takich ilościach jak wcześniej, bo miałam już tego lekko dosyć. No, bo ile można pić. No niemal codzienne piwo, a zakończyć na jednym to nie jest najłatwiej, a więc możemy liczyć około 100 zł na alkohol wieczorowy + około 80/100 zł przynajmniej na alkohol grupowy i zobaczcie ile to hajsu ucieka. Uznałam, że nie ma to sensu i wolę kupić sobie cytrynę i butelkę wody, bo jest to zdrowsze, starcza na dłużej i nie przymula. Tatuaży w studio nie robię od kwietnia, termin mam dopiero na październik (nie wiem skąd wezmę te 400 zł xd). Ogólnie wzięłam się nieco za oszczędzanie - szkoda, że dopiero kiedy faktycznie pieniędzy zostało mi tyle, że ledwo miałam za co nakarmić zwierzęta. Było to jedno z gorszych doświadczeń w moim życiu, ale wiedziałam że muszę jakoś sobie radzić zwłaszcza, że gdzieś po drodze musiałam wykonać płatne badania (mama ogólnie postanowiła mi za nie oddać dzięki czemu mogłam uzupełnić zapasy karmy zwierzęcej).
Teraz, kiedy mama jest tutaj niemal codziennie zaczynam odczuwać dlaczego tak szybko zgodziłam się na ucieczkę tutaj. Ciągłe narzekanie, wytykanie, kłótnie, wzajemny brak docenienia wysiłku. Ogólnie znów cały czas się znowu kłócimy i są problemy, których nie było w czasie trwania mojej samodzielności. Nie musiałam martwić się mamą, która zaraz przyjdzie i będzie robić drakę o swoje zwierzęta (dodatkowy pies i kot), o jakieś pojedyncze rzeczy. Ogólnie jest chyba gorzej niż było wcześniej, bo dzieję się to, co skłoniło mnie do przeprowadzki na pewną odległość nie tyle, że bardzo daleko jesteśmy od siebie, a tyle, że psychicznie jesteśmy od siebie dalej.
A do tych wszystkich przemyśleń skłoniło mnie to, że wczoraj biegnąc po kebaba potłukłam sobie ekran w telefonie. Telefon latał o ziemie, o ścianę i wgl wszędzie i nic mu się nie działo, a zabiła go pięta. No może nie tyle, co zabiła, a po prostu w końcu ekran ucierpiał, a ja nawet nie cierpię, a bawi mnie ta sytuacja.
Komentarze
Prześlij komentarz