To, że tekstu nie było wczoraj, a wpada dopiero dziś ma swoje uzasadnienie. Już tłumaczę. Mam yorka.
Z rana doświadczyłam pobudki oczywiście znów o nie logiczniej porze. Od poranka do popołudnia nie działo się nic ambitnego. Miałam plan jechać do Moniki do studia tatuażu pożyczyć jej książkę od konstrukcji form odzieżowych. Wszystko szło ładnie do pewnego momentu. Stałam jak zwykle przy ladzie w moim ulubionym studio i rozmawiałam aż tu nagle BUM(!) zakręciło mi się w głowie. Jak stałam tak postanowiłam usiąść, zdjąć kurtkę czekając na lekką poprawę, bo taka właśnie umożliwiłaby mi wyjście na zewnątrz w celu złapania powietrza dzięki czemu mogłabym iść dalej. Po kilku minutach uzyskałam pożądany efekt. Pożegnałam się, wyszłam, usiadłam na murku i nawet nie spędziłam tam nawet minuty, bo wyszedł po mnie Tomek i zabrał znowu do środka. Tam na początku posiedziałam na krześle, chwilę później położyli mnie na kanapie, podali wodę z cukrem i trzymali póki nie byłam w 100% sprawna. Już z lekko pobudzona i bardziej żywa wyszłam na autobus, widziałam jak jeden podjeżdża, ale nie podjęłam się ryzyka biegu, co dało mi 10 min siedzenia na murku obok przystanku. Wsiadłam do 'limuzyny', znów poczułam lekkie zawroty głowy, ale dałam radę dojechać. Słuchajcie! Pilnujcie tego żeby jeść w od rana, bo to co mnie spotkało jest prawdopodobnie głównie kwestią tego, że ja tego nie robię.
Po powrocie odsiedziałam chwilę w domu, zaczęłam rysować - wkręciłam się w to na jakieś dwie godziny. Efekty wciąż nie są zadowalające, ale oczywiście kwestia czasu i wprawy. Planuję podjąć się wyzwania rysowania codziennie przez cały rok. Nawet jeden nieduży rysunek żeby tylko ręka nabierała dobrych odruchów oraz precyzji. Mam nadzieję, że tym razem nie skończy się po tygodniu. Trzymajcie za mnie kciuki.
Kiedy Bartek wrócił z pracy i przychodni i reszty swoich spraw pojechaliśmy na kontrolę do szpitala żeby dowiedzieć się jak tam działo moje gardło. Dostałam pozwolenie na próbowanie gazowanych napojów (zrobiłam to wieczorem - cholernie dziwne uczucie po tak długim czasie), a gardło samo w sobie goi się dobrze.
No i nadszedł czas na moment kulminacyjny tego dnia. Mama parę dni temu powiedziała mi, że mogę mieć yorka. Szczerze? Kpiłam z tych psów niemiłosiernie, nie potrafiłam zaakceptować takiego stworzenia, które nawet nie do końca potrafią szczekać. To jest główny powód dla którego nie rozumiem jakim cudem mogłam aż tak bardzo się nią zafascynować. Z samego słyszenia jakoś wybitnie mocno byłam podekscytowana, a kiedy wczoraj przyjechaliśmy i naskoczyły 4 sztuki, a mała miała sama zadecydować czy chce ze mną jechać czy nie. Po prawie półtorej godziny zaczęliśmy zbierać się do wyjścia bez pieska. Już kiedy miałam buty na nogach wzięłam ją na ręce, co za skutkowało zmianą decyzji i moja piękna właśnie siedzi obok mnie oraz zapewne będzie tu już
zawsze.
Zawsze obok mnie, bez względu na wszystko.
Z rana doświadczyłam pobudki oczywiście znów o nie logiczniej porze. Od poranka do popołudnia nie działo się nic ambitnego. Miałam plan jechać do Moniki do studia tatuażu pożyczyć jej książkę od konstrukcji form odzieżowych. Wszystko szło ładnie do pewnego momentu. Stałam jak zwykle przy ladzie w moim ulubionym studio i rozmawiałam aż tu nagle BUM(!) zakręciło mi się w głowie. Jak stałam tak postanowiłam usiąść, zdjąć kurtkę czekając na lekką poprawę, bo taka właśnie umożliwiłaby mi wyjście na zewnątrz w celu złapania powietrza dzięki czemu mogłabym iść dalej. Po kilku minutach uzyskałam pożądany efekt. Pożegnałam się, wyszłam, usiadłam na murku i nawet nie spędziłam tam nawet minuty, bo wyszedł po mnie Tomek i zabrał znowu do środka. Tam na początku posiedziałam na krześle, chwilę później położyli mnie na kanapie, podali wodę z cukrem i trzymali póki nie byłam w 100% sprawna. Już z lekko pobudzona i bardziej żywa wyszłam na autobus, widziałam jak jeden podjeżdża, ale nie podjęłam się ryzyka biegu, co dało mi 10 min siedzenia na murku obok przystanku. Wsiadłam do 'limuzyny', znów poczułam lekkie zawroty głowy, ale dałam radę dojechać. Słuchajcie! Pilnujcie tego żeby jeść w od rana, bo to co mnie spotkało jest prawdopodobnie głównie kwestią tego, że ja tego nie robię.
Po powrocie odsiedziałam chwilę w domu, zaczęłam rysować - wkręciłam się w to na jakieś dwie godziny. Efekty wciąż nie są zadowalające, ale oczywiście kwestia czasu i wprawy. Planuję podjąć się wyzwania rysowania codziennie przez cały rok. Nawet jeden nieduży rysunek żeby tylko ręka nabierała dobrych odruchów oraz precyzji. Mam nadzieję, że tym razem nie skończy się po tygodniu. Trzymajcie za mnie kciuki.
Kiedy Bartek wrócił z pracy i przychodni i reszty swoich spraw pojechaliśmy na kontrolę do szpitala żeby dowiedzieć się jak tam działo moje gardło. Dostałam pozwolenie na próbowanie gazowanych napojów (zrobiłam to wieczorem - cholernie dziwne uczucie po tak długim czasie), a gardło samo w sobie goi się dobrze.
No i nadszedł czas na moment kulminacyjny tego dnia. Mama parę dni temu powiedziała mi, że mogę mieć yorka. Szczerze? Kpiłam z tych psów niemiłosiernie, nie potrafiłam zaakceptować takiego stworzenia, które nawet nie do końca potrafią szczekać. To jest główny powód dla którego nie rozumiem jakim cudem mogłam aż tak bardzo się nią zafascynować. Z samego słyszenia jakoś wybitnie mocno byłam podekscytowana, a kiedy wczoraj przyjechaliśmy i naskoczyły 4 sztuki, a mała miała sama zadecydować czy chce ze mną jechać czy nie. Po prawie półtorej godziny zaczęliśmy zbierać się do wyjścia bez pieska. Już kiedy miałam buty na nogach wzięłam ją na ręce, co za skutkowało zmianą decyzji i moja piękna właśnie siedzi obok mnie oraz zapewne będzie tu już
zawsze.
Zawsze obok mnie, bez względu na wszystko.

Komentarze
Prześlij komentarz