Przejdź do głównej zawartości

Wróciłam i już się tłumaczę

No. Nie pisałam już chyba z tydzień. Na początku nie byłam w stanie tego robić ze względu na okropny ból, który uniemożliwiał jakiekolwiek funkcjonowanie. Kolejne kilka dni byłam mocno otumaniona przez leki przeciwbólowe, co nie dawało mi możliwości składania logicznych zdań.
W szpitalu spałam przez większość czasu - jestem przekonana, że to wina kroplówek do których byłam ciągle podłączona. Przy wybudzaniu podobno miałam skurcz w gardle spowodowany astmą, pamiętam jedynie że wyplułam wielką gulę flegmy i chyba spałam dalej, ale nie mam pewności. Wszystkie dni spędzone tam zlewają się w jedną całość, budziłam się rano odmawiałam śniadania, dostawałam kroplówkę, siedziałam chwilę z laptopem i usypiałam, przebudzały mnie momenty zmiany podawanego płynu czy to z rurki czy strzykawki. Odwiedziny mamy poprawiały mi samopoczucie oraz dawały nadzieję, że już niedługo wyjdę, bo to ona właśnie głównie rozmawiała z lekarzami na mój temat. Bartek przyjeżdżał i też trochę mnie wspierał, tyle ile umiał w moim obecnym nie najlepszym stanie. To z nim właśnie po raz pierwszy po zabiegu wyszłam pochmurzyć wciąż z wielkim lękiem czy dam radę. Praktycznie nie byłam w stanie chodzić, co było widać jeszcze dwa dni po wyjściu. Mama ze względów opiekuńczych i tego małego problemu przy wybudzaniu zabrania zostawać mi na noc samej w domu więc kiedy Bartek wraca do siebie, ja jeżdżę do niej. Do tej pory była jedna taka sytuacja, na tę chwilę czuję się już trochę pewniej i może poproszę o spędzenie dzisiejszej nocy u siebie.
Dostałam jedne z mocniejszych leków przeciwbólowych (połączenie paracetamolu i tramalu) - początkowe przyjmowanie ich dawało dosyć szybką ulgę - miałam opcję iść spać lub przezwyciężyć tę chęć i mieć wrażenie lekkiego ućpania lekami. Nie było łatwo. Jednak koszmar miał dopiero nadejść - ból z gardła zaczął promieniować do uszu, z tym nie dało się już wygrać. Momentalnie przestałam mówić, a do oczu zaczęły napływać łzy. Ledwo skończyliśmy z Bartkiem oglądać film i poszliśmy do łóżka w którym nie potrafiłam się wyłączyć przez to ucho. Następnego poranka zadzwoniłam na szpital i wieczorem pojechałam do mojej Pani doktor, nie chciała dać mi nic mocniejszego, ale dała inny rozpuszczalny lek - po drodze zapomniałam wejść do apteki więc uznałam, że przeżyję bez tego proszku. Moja intuicja jak to zazwyczaj bywa okazała się nieomylna, siedzę z watą w uszach, biorę antybiotyk, dwie sztuki przeciwbólowych na raz i dzięki tamu jakoś żyję.
Wczoraj kiedy Bartek pojechał do pracy ja postanowiłam posprzątać, co okazało się nie najlepszym pomysłem. Nie czułam się po tym najlepiej, a przede wszystkim nawet w zalecaniach na wypisie mam zakaz jakiegokolwiek wysiłku.
Dziś postanowiłam pójść w stronę relaksu i tym samym spałam do godziny niemalże 11, trochę pooglądałam yt, weszłam do wanny (oczywiście woda musiała być  lekko chłodna, bo nie mogę brać zbyt ciepłych kąpieli), zrobiłam makijaż pierwszy raz od chyba dwóch tygodni, ale wyszło całkiem nie najgorzej.
Z jedzeniem byłam przekonana, że dieta oparta będzie oparta na kiślach i zupach krem, ale ani jednego ani drugiego mój żołądek nie polubił i podbił na wymioty. Dostałam zezwolenie na spożywanie środka z chleba, jednak postanowiłam zjadać cały z różnego rodzaju serkami oraz innymi smarowidłami. Zabroniono mi kwaśnego, ostrego, gorącego, soków z owoców, twardego, alkoholu, gazowanego, ogólnie prawie wszystkiego więc jem tyle słodyczy żeby wystarczyło mi na cały rok. Oczywiście przełykanie czegokolwiek powiązane jest z dużym bólem - bez znaczenia czy to płyn czy pokarm. Mówienie też nie jest lekkie, migdałki są usuwane aż do miejsca praktycznie pod językiem przez co podnoszenie go jest mocno bolesne, Nauczyłam już mniej więcej mówić bez ronienia tego.
Z pracy dostałam zwolnienie do 16.04, cieszy mnie to bo dzięki temu mogę w pełni doprowadzić się do zdrowia. Jutro powinno już być na tyle dobrze, że mogą nie być mi potrzebne przeciwbólowe. Zobaczymy jak to wszystko się ułoży, a póki co wracam odpoczywać oraz obiecuję mój powrót na codzień! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzieci XXI wieku

Obiecałam na instagramie posta na dziś. To jest mega wygodne, bo mam motywację do działania - no w końcu obiecałam publicznie. Dzisiejszy dzień nie jest niczym specjalnym, pobudka o zdecydowanie zbyt wczesnej porze, godzinę później spacer do kuchni no i tu zaczyna się zdecydowana zmiana nastawienia oraz podejścia do wszystkiego, co do tej pory znałam. Zamiast jakiegoś porządnego śniadania, ewentualnie cholernie mocnej kawy w zamian jego grillowałam marchewkę, pokroiłam paprykę, ogórka i zrobiłam dwa sosy do warzywnych przekąsek. W międzyczasie zjadłam 4 grzanki (na każdej plasterek pomidora), zrobiłam kawę, śniadanie dla Pana zapracowanego - zaniosłam i poszłam dalej walczyć z warzywkami. Spędziłam z tym wszystkim około godziny, ale było warto. Do tej pory siedzę i wcinam te kolorowe cosiki (głupio trochę, że głównie sama, ale no co ja mogę poradzić?), sos chrzanowy na bazie jogurtu naturalnego bez laktozy jest super, a jogurt został w ostatnich dniach moim BOGIEM (dzięki lidl!) ! Był...

Gdzie ona jest?

Gdzie podziała się ta wesoła i rezolutna dziewoja, która chciała tylko żyć swoim życiem? Gdzieś przepadła i została w jakimś losowym miejscu przeszłości puszczając dalej jedynie tę bardziej rozsądną część osobowości. Rozsądna nie znaczy wcale lepsza o czym boleśnie musiałam się przekonać już nie raz i nie dziesięć, radość z życia nie jest już taka sama jak miesiące i lata temu, nie dążę już do swoich marzeń o sławie i rozpoznawalności. Teraz już tylko przeżyć, a nie żyć. W ramach poszukiwania dawnej siebie chcę wprowadzić kilka zmian w codzienności - ciekawe czy się uda. Kiedyś już próbowałam kilku z tych rzeczy, rezygnowałam z tego dość szybko przez brak motywacji. Czy może tym razem uda mi się dłużej niż kilka tygodni, może uda mi się dłużej niż miesiąc, może będę mała zapał do dbania o wszystko w tym siebie większy niż chwilowy.  Kiedy spełniłabym swoje plany świat byłaby dla mnie wygodniejszy i szybszy. Wtedy mogłabym poznać tych wszystkich ludzi na których patrzę godzinami myś...

Coś się dzieje

Pora zacząć działać w swoim życiu. Teraz to chyba jeszcze poważniejsze niż wcześniej. Teraz nie zaczynam mieszkania na koszt mame, a wspólny z Bartkiem. Zaczęłam pracę w żabce, podobało mi się - jednak po 3 tygodniach wszystko psu w dupe. Niby zmienił się właściciel sklepu i to dlatego, ale no ciul. Stwierdziłam, że jakoś to będzie i wcale nie wyszło źle. Zrobiłam dzięki mame kurs masażu gorącymi kamieniami, zaczęłam produkcję mydeł, kul do kąpieli i kilku innych takich podstawowych kosmetyków. Do tego pracuję w naturze (bardzo spoko drogeria), a w międzyczasie jeszcze mój kochany handpoke. Wszystko się powoli układa, oby tak zostało. Chcę zacząć pisać od nowa, ale to wydaje się tak mało realne, że nie wiem czy się uda. Mam nadzieję stać się ambitna i pewniejsza siebie. Niech życie w końcu się do mnie uśmiechnie