Myślałam, że powinnam bać się piątku... To był mój błąd. Jednak o początku.
Myślicie, że grawitacja łóżka jest duża? Ramiona ukochanej osoby są jeszcze silniejsze. Muszę pamiętać na następny raz żeby nie ustawiać miliona alarmów jeśli nie śpię sama, bo innych może to denerwować, a poranne kłótnie nie są przyjemne.
Nie chciałam wstawać. Dotknięcie stopami podłogi i każdy kolejny krok zapowiadał zbliżające się bardzo szybko znienawidzone pobieranie krwi. W samochodzie znaleźliśmy się wyjątkowo szybko jak na nas - nie cieszyło mnie to. Na moje szczęście na drodze było kilka utrudnień, co przedłużyło najgorszą trasę w dniu dzisiejszym.
Jednak nic nie może trwać wiecznie - dotarliśmy. Rejestracja i marsz do pielęgniarki (rok temu byłam u niej na szczepieniu i zawsze się ze mnie śmieje, że mam kolczyki i tatuaże a igieł się boję). Było jak zwykle, czyli strasznie - usiadłam na fotelu, Bartek dał mi rękę, byłam bliska płaczu kiedy na ręce znalazła się opaska. Wkłucie jak zwykle było straszne, już wtedy łzy napłynęły mi do oczu, samo pobieranie w moim odczuciu trwało wieki i było przerażające. Krew skradziona (z tego co wyczytałam to badać będą mi głównie wątrobę xd), wacik przyklejony więc idziemy posiedzieć kilka minut. Siedząc na kanapie zaczęłam już płakać nie mając nad tym zupełnie kontroli, ręka bolała niemiłosiernie, ja czułam się źle i nie wiedziałam czy dam rade dotrzeć do szkoły.
Szybki telefon do mamy i już wiadomo, że wracam do domu (mama zrozumiała mój zapłakany głos mówiący "zrobili mi krzywdę").
Zakupy jakkolwiek żywieniowe skoro już wejdę do sklepu, a tam nadal towarzyszył straszny ból, ale nie ma co zwlekać więc kierunek dom.
Tramwaj uciekł, ale na szczęście kolejny już podjeżdżał więc pozostałe minuty spędziłam we względnie ciepłym miejscu. Przystanek przesiadka i przy okazji odebranie zamówienia dla vaperów (tak. jesteśmy pedałami), jednak jak zwykle tam nie mogłam się powstrzymać żeby nie kupić nic dodatkowo. Kolejny tramwaj (już docelowy) pojawił się szybko i po ok 20 min byłam już w domu.
Było mi zimno, źle, ręka nadal bolała, ja płakałam już kolejne kilka razy. Udało mi się zrobić super śniadanie mimo braku możliwości pokrojenia chleba (ręka nie dała rady). Nawet po zjedzeniu moje poczucie własnego organizmu nie poprawiło się ani trochę. Po rozmowie z mamą na temat godziny jej przybycia i dostaniu zgody od Bartka postanowiłam spotkać Morfeusza z nadzieją poprawy
swojego stanu. Mimo upływu trzech godzin nie było lepiej, wciąż w pełnym ubraniu (skarpety, spodnie, gruba bluza) otulona kołdrą zimno trzęsło mną okropnie. Gorączki nie miałam, w stanie niemalże agonalnym mama zawiozła mnie do pracy (w której dziś byłam wyjątkowo mało produktywna). Nie minęła godzina, a brat przyniósł mi obiecany obiad, który był cudowną pizzą z ukochanym ogórkiem kiszonym i kiełbasą (no kurwa kocham!). Czas jakoś zleciał, ja miałam obiecany transport do domu - wystarczyło dotrzeć do poprzedniego miejsca zamieszkania (całe 3 minuty drogi). Podczas tej szalenie długiej trasy zaczął przebiegać przed moimi nogami piękny mały czarny kotek - postanowiłam go złapać i zabrać do domu (nie wyglądał jakby miał właściciela i to mnie pokusiło). Oczywiście mi się nie udało - to była największa osobista porażka dnia dzisiejszego, ale jak tylko weszłam do mamy zaczęły się poszukiwania kota w internecie - poczekam, a później będę miała własną kulkę do spania <3
Jest 23, a ręka boli cały czas. Przez to wszystko nawet Pan Wiesiu mnie dziś nie zdenerwował. Nie czuję się dobrze, a jutro wyjdę z domu o 7.10 i wrócę do niego 22.20. Trzymajcie kciuki!
Komentarze
Prześlij komentarz